Wielkanoc moich wspomnień to przede wszystkim zapachy: pieczony rozmaryn, ziemniaki wyjęte prosto z piekarnika i ten specyficzny, słodko-gorzki posmak czekolady, który wywoływał niedzielne mdłości. Pamiętam ciepło słońca na policzkach podczas wtorkowych powrotów do szkoły i resztki z Colomby, które tygodniami chowały się gdzieś głęboko na kuchennych półkach. W powietrzu było wtedy tyle świeżości, że aż kręciło się w głowie.
Wielkanoc we Włoszech to jednak zupełnie inne doświadczenie niż w Polsce. Pasqua balansuje tutaj nieustannie między głęboką tradycją a krzykliwą komercją. Z jednej strony mamy przejmujące procesje w małych miasteczkach, gdzie wspólnota jednoczy się w scenach przypominających film „Pasja” Mela Gibsona. Z drugiej – królestwo konsumpcji, w którym nikt nie szuka małych jajeczek w trawie. My mamy Uova di Pasqua – gigantyczne czekoladowe jaja wielkości ludzkiej głowy.
W ich środku zawsze ukryta jest la sorpresa, czyli niespodzianka. Znajdziecie tam wszystko: od tandetnych zabawek z sieciówek po srebrną biżuterię, a czasem nawet pierścionek zaręczynowy, czyli l’anello di fidanzamento. Sama się na tym wychowałam – od każdego wujka i cioci dostawałam po jajku, aż do momentu, gdy od samego zapachu czekolady zaczynało mnie mdlić.
Kolejnym bohaterem jest la Colomba, czyli drożdżowa babka w kształcie gołębia. W moim domu była ona prawdziwym testem na przetrwanie. Jako niezdyscyplinowana córka wyjadałam ze środka wszystkie kandyzowane owoce, zostawiając w cieście puste dziury. Moja mama, chcąc ratować sytuację przed tatą, który jako wojskowy pilnował u nas świętej dyscypliny, miała swój system. Chowała moją „zmasakrowaną” babkę głęboko w kredensie, a na stół wystawiała zapasową, nietkniętą. To była strategia godna prawdziwego generała.
Jeśli chcecie poczuć smak Italii, a nie chcecie przepłacać, poczekajcie do wtorku po świętach. Wtedy la Colomba w supermarketach kosztuje grosze i można kupić cały karton, by wyjadać kandyzowane owoce bez stresu...
Włoska Wielkanoc kręci się wokół symboliki zwierząt, choć bywa ona specyficzna. Mamy Uovo, czyli jajko będące początkiem wszystkiego, oraz Colombę, czyli gołębia – łągodny symbol pokoju. Schody zaczynają się przy l’abbacchio, czyli pieczonej jagnięcinie.
Dla mnie to tradycyjne danie główne jest po prostu barbarzyństwem ( barbaria!). Nawet papież Franciszek apelował kilka lat temu, żeby oszczędzić te biedne stworzenia.
Trudno przejść obojętnie obok statystyk publikowanych przez ENPA – najstarszą włoską organizację prozwierzęcą. Dane są alarmujące: rocznie zabija się ponad 1,7 miliona jagniąt, a ponad połowa tych egzekucji przypada na krótkie okresy świąteczne. To brutalne zestawienie tradycji z rzeczywistością przemysłową stawia pod znakiem zapytania etykę naszych współczesnych rytuałów
Pasquetta to moment, kiedy całe Włochy oficjalnie porzucają powagę. Jeśli niedziela jest dla rodziny i niekończących się obiadów, to poniedziałek – Lunedì dell’Angelo – należy do przyjaciół, zielonej trawy i zapachu dymu z grilla. Zapomnijcie o laniu wodą; dla nas to dzień gita fuori porta, czyli wielkiej ucieczki za bramy miasta.
Zasada jest prosta: ma być na zewnątrz. Nieważne, czy wybierzecie góry, morze czy pobliski park, najważniejszy jest il picnic oraz la grigliata, czyli wielkie grillowanie. Jemy wtedy to, co zostało z niedzieli, bo Włosi są mistrzami w niemarnowaniu jedzenia. Nazywamy to ricette di recupero. Te resztki lądują zazwyczaj w słonej tarcie, czyli torta salata, którą zjada się prosto z plastikowych pojemników.
Istnieje we Włoszech świecka tradycja, że na Pasquettę zawsze musi popadać. To niemal prawo fizyki. Mimo to rzadko rezygnujemy z planów. Jeśli niebo płacze, wybieramy le terme – gorące baseny, w których siedzimy, patrząc na mżawkę. Mówimy wtedy z przekąsem: „Piove, governo ladro!”, co oznacza „Pada, rząd kradnie”. To nasz sposób na rozładowanie frustracji, bo we Włoszech rząd jest winny wszystkiemu, nawet deszczowi. (oczywiście z przymróżeniem oka)
Prawdziwa twarz włoskiej Wielkanocy to jednak Settimana Santa, czyli Wielki Tydzień. To rytuały, które trwają od wieków i łączą pokolenia. W Trapani na Sycylii procesja I Misteri trwa bez przerwy przez 24 godziny, a wierni niosą na barkach ogromne rzeźby przedstawiające pasję. W Chieti setki muzyków wykonują przejmujące Miserere, a w Sorrento procesje incappucciati maszerują w absolutnej, przeszywającej ciszy.
Każda modlitwa ostatecznie prowadzi jednak z powrotem do stołu. Królową jest Pastiera Napoletana z ricottą i ziarnami pszenicy, która musi pachnieć wodą z kwiatów pomarańczy – tak, jakby do kuchni właśnie weszła wiosna. Jest też liguryjska Torta Pasqualina z trzydziestoma trzema warstwami ciasta na cześć lat życia Chrystusa oraz ciężkie, sycące Casatiello napakowane salami i serem.
Kończymy tę podróż starym powiedzeniem: „Natale con i tuoi, Pasqua con chi vuoi”. Boże Narodzenie spędza się z rodziną, ale Wielkanoc z kimkolwiek się chce. To święto wolności, przyjaciół i wspólnego biesiadowania, które – jeśli tylko dopisze pogoda lub znajdzie się dobry plan B – nie ma sobie równych.
Buon appetito!